Wyzwania

Silesia Race. Wszystkie moje bóle.

Sobota, 11:30

Brudna, cholernie zimna woda wlewa mi się do uszu. Oddech wariuje, a wzrok poszukuje najbliższego bezpiecznego miejsca. Trochę ratując się, a trochę udając, że wszystko jest pod kontrolą próbuję pod mętną tonią odnaleźć plecak. Na szczęście jest. Ciekawe co z wodoszczelnym workiem, w którym schowaliśmy dokumenty, telefony i kluczyki do Kangura. Ciekawe… co z nami.

 

fot. Natasza Figiel

 

Piątek,

18:00

Wieszam rower na haku mobilnej stacji rowerowej w Tychach. Sięgam po odpowiedni klucz i dokręcam luzy fioletowej gazeli. Nie jest to piękny rower, ale pozwolił mi machnąć kilka miesięcy wcześniej rowerową setkę. Wierzę więc, że i jutro na nim jakoś przeżyję. Niby opony starte, hamulce luźne, a przerzutki nie wyregulowane, ale przecież jechać się da. Jakoś to będzie.
Moje myśli przerywa roześmiany głos Lizaka.
Wylewne powitania zastępujemy pompowaniem kół. Jego ”rumak” też przypomina bardziej hucuła, niż araba. Jesteśmy pewni, że będzie ciekawie. Niezależnie, czy dotknie nas kara za brak zapasowej dętki.

 

22:40

Dojeżdżamy na miejsce zawodów. Wchodzimy do pięknego holu Szkoły Podstawowej numer 7. Gdzieniegdzie stoją pojedyncze osoby. Niewiele się jeszcze dzieje. Obok ławek są zaparkowane piękne górskie rowery. Ich „karoseria” błyszczy, a napęd z całą pewnością jest wyposażony w nitro. Ile mogą mieć koni? Pewnie z 600…
Zerkamy z Piotrkiem na siebie i w pełnej zgodzie przyjmujemy, że nasze rowery z bagażnika wyjmiemy dopiero przed odcinkiem rowerowym.

Ale czekaj! Czekaj! Przecież musimy jeszcze zmontować tylne światła!
Rozglądając się uważnie, czy ktoś nas nie śledzi, wychodzimy ze szkoły i podchodzimy do Kangowozu. Otwieramy drzwi bagażnika.  Z kieszeni wyjmuję taśmę klejącą, którą wielokrotnie owijamy wokół światełek i rur podsiodłowych.

Zrobione.
Drzwi zatrzaskują się.

 

23:30

Dostajemy do ręki test, którego wynik zdecyduje o kolejności startu. Piotruś w oka mgnieniu zakreśla cytaty z Pana Tadeusza i komedii Barei. Mam niejasne wrażenie, że ta część będzie naszym największym sukcesem.

Po chwili podchodzi do nas organizator i pyta czy byliśmy kiedyś w nocy w lesie.
Tak byliśmy i wróciliśmy. Z poczucia przypału wyjść jest dużo trudniej 🙂

 

fot. Mateusz Knap

Sobota,

0:04 – 1:35

Startujemy. Nareszcie trasa!
Robimy około 10 km i jesteśmy nawet zadowoleni. Kilka drobnych błędów nawigacyjnych nie zabrało nam dużo czasu. Noc przyjemna. Ciepło. Miasto ciekawe.
Zaraz odcinek rowerowy.

 

2:00

Wjeżdżamy do lasu. Okazuje się, że nasze rowery nie przepadają za zimą, śniegiem i lekko zmrożoną breją. Tempo z 25 km/h spada do 8km. Co jakiś czas postanawiamy sobie upaść na ziemię.
Mimo to za każdym razem się podnosimy i walczymy dalej. Wiemy już jednak, że na rowerze z całą pewnością nikogo nie dojdziemy. Zostaje nam dobrze się bawić i upodlić do granic. W końcu to rajd przygodowy 🙂

 

fot. Mateusz Knap

 

4:15

Kończymy 30 kilometrowy rower. Dojeżdżamy do przepaku. Żołądek mnie trochę muli. Nic do tej pory nie mogłem zjeść. Teraz na szczęście jest szansa na odratowanie się ciepłą herbatą.
No i zaraz wyruszymy na trasę pieszą!!! Chodzić potrafimy. Nawet po śniegu. To budzi w nas radość.

 

7:00

Łapie nas świt. Wschód słońca dodaje nowych sił. Piotrusia atakuje jednak ból w pachwinie, więc jakiekolwiek podbieganie nie wchodzi w grę. Zwiedzamy las ze spokojem, podziwiamy drzewa i przedeptujemy ścieżki. Wola już straciła swoją pierwotną siłę. Wszystko się dzieje trochę wolniej. Wiemy, że zaraz będziemy z powrotem na przepaku. 15 kilometrów kroczenia skończy się.

 

fot. Natasza Figiel

8:15

Ty, Ciebie też tak boli tyłek? Ale masakra.
Nawet łoże fakira przy rowerowym siodełku, jest teraz jak Playa Del Carmen przy Ciechocinku. Będziemy jechać stojąc. Z szybkich wyliczeń wynika, że mamy do pokonania tak tylko 20 kilometrów. To nie dużo.

Po jakimś czasie zauważam, że Piotruś słabnie. Przez chwilę ciągnie się z tyłu z mozołem kręcąc korbą.  Sił dodaje mu dopiero myśl, że gdyby…

Bóg chciał, abyśmy jeździli, to dałby nam kółka zamiast stóp.

Ta sentencja mobilizuje nas prawie równie bardzo, jak myśl, że jeśli nie dotrzemy przed 10:00 na koniec etapu, to niestety DNF.

 

fot. Natasza Figiel

 

10:00

Na punkt zdążyliśmy. Wiemy też od obsługi, że nie wszystkim się udało. A to oznacza… że oh yeah! Nie będziemy ostatni! Taki sukces!

Zamiast celebracji czeka nas jednak dalsza droga. Prosty, pieszy odcinek do startu spływu kajakowego. Cały czas wzdłuż torów. Może koło 8 km. Chyba pierwszy raz możemy zwolnić mózgi od nawigacji, a zacząć spokojnie rozmawiać.

 

12:00, niedługo po wywrotce

Śpiewamy  szanty, śmiejemy się i wygłupiamy. Nogi wystukują rytm hipotermii po niespodziewanej wywrotce. Głośno doceniamy polary, które grzeją ciało nawet gdy są mokre. Czujemy się rozbudzeni. Bawimy się skąpani nie tylko w brudnej Białej Przemszy, ale także w czystej zajawce.
No i dochodzimy do wniosku, że gdyby…

Bóg chciał, abyśmy pływali to dałbym nam błony pławne, jako dodatek do stóp.

fot. Natasza Figiel

13:00

Doświadczamy cudu. Siedzenie na rowerze przestało boleć. Może to wynik błyskawicznej krioterapii, a może po prostu śmiech to zdrowie. Ciężko określić.

Mamy 3 godziny do limitu. Chcemy w tym czasie pokonać jak największą część trasy. Wszystko przychodzi nam z dużą łatwością. Nawigacja bezbłędna. Tempo satysfakcjonujące. Dziw za dziwem.

I tak aż do mety.

 

16:30

Wiemy, że nie wygramy. Nie będziemy na podium. Nie będziemy nawet w pierwszej połowie. Ale jest spoko. Czujemy się sportowymi świrami.
Po dojeździe na metę przywitała nas Gosia. Zadbała o nas dostarczając jedzenie i pice. Otuliła swoją dobroczynnością. Z jej wzroku odczytywaliśmy podziw i gratulacje. To była świetna nagroda.

 

PODSUMOWANIE:
115 kilometrów na orientację,
15 godzin i 30 minut
35 km pieszo
70 km rowerem
10 km kajakiem
100 m płynąc
Dużo przygód
Genialna zabawa 🙂

 

fot. Małgorzata Szymczak

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *